wtorek, 13 czerwca 2017

A jednak wróciłam do gorsetu... (Corsetry & Romance część I )

Nieśmiało się przyznam, że zachciewa mi się ubierać się w XIX wieczne ubranka.  Jednak zanim będę mogła dumnie wkroczyć na salony, muszę przeczytać cały internet.  A tyle czytania jest mi potrzebne, żeby na pewno posiąść na tyle dostateczną ilość wiedzy, aby mój debiut nie był równoznaczny z wielkim faux pas. Im więcej czytam, tym więcej rodzi mi się pytań w głowie i tym bardziej rozpaczam nad moim zerowym doświadczeniem szyciowym. Ale jest lepiej niż gorzej, czuję przyrost wiedzy. Niestety nie mam żadnego mentora, który, jak to było w przypadku lolita fashion, wprowadziłby mnie w temat, muszę więc działać sama i liczyć, że natknę się na pomocne zakątki internetu. Odezwę się kiedy osiągnę oświecenie, póki co udało mi się tylko ustalić od jakiego przedziału czasowego chciałabym zacząć. Z całego natłoku informacji, który się na mnie wysypuje jasno klaruje się jedna wiadomość: Bielizna to podstawa! Dosłownie i ideologicznie. Stwierdziłam więc, że małymi kroczkami do sukcesu i faktycznie warto zacząć od
Penny Dreadful S02 E04
A co jest wisienką na torcie zestawu bieliźnianego? Gorset. I to taki z prawdziwego zdarzenia. Najporządniejszy jaki kiedykolwiek miałam na sobie to underbust ze spiralnymi fiszbinami od Restyle. Wiedziałam, że muszę mierzyć wyżej z jakością, bo mimo, iż Violin underbust był przyzwoity w noszeniu, ciągle był kawałkiem satyny made in china, o podszywaniu się pod ubranie z epoki mogący tylko pomarzyć.


Pozwolę sobie cofnąć się w czasie i nakreślić moje doświadczenie z gorsetami. Pierwsza moja gorsetopodobna tuba również pochodziła z Restyle. Były to plastikowe fiszbiny obite wątpliwej jakości materiałem, i to w dodatku...za duże. Rozmiarówka ograniczała się do s/m/l, a nie tak jak w przypadku większości modeli do wymiarów precyzyjnych co do cala. Więc kiedy w rozmiarówkach calowych byłam praktycznie na środku tabelki (22"), restylowe standardy nie przewidziały tej mniejszej połowy kończąc na odpowiedniku 24". Rok później dostałam Steampunk Underbust z niesławnego Corsets.uk, więc jak widać mój trzeci gorset, czarny underbust z dekoracjami przywodzącymi na myśl skrzypce, był tak na prawdę najwyższym schodkiem we wspinaczce jakościowej na jaki udało mi się wejść. Oczywiście nie byłabym sobą, jeśli w początkowej fazie fascynacji nie przeszukałabym wszystkich second handów w mieście, więc przez te parę lat udało mi się znaleźć kilka gotyckich potworków z powyginanymi fiszbinami i wiązaniem przypominającymi gorset. Nad prawdziwymi cudeńkami tylko wzdychałam znad pustego portfela, a z biegiem lat entuzjazm mi opadł i pozbyłam się wszystkich gorsetów, zostając ze wspomnieniami.



W kwietniu tego roku, całkiem przypadkowo, trafiłam na zlot fanek gorsetów w Krakowie. Przyjęły mnie bardzo ciepło, mimo, że już dawno nie siedziałam w temacie. Co więcej, miałam okazję poznać Koseatrę, której blog pomagał mi stawiać pierwsze kroki w świecie mody alternatywnej. Ten dzień sprowokował mnie do przemyślenia swojego życia i rozbudził we mnie ponownie chęć posiadania gorsetu. A skoro noszenie na ubraniach mi się nie podobało, może trzeba by się za to zabrać od lewej strony. I to sprowadza nas do mojej fazy na modę historyczną. Stwierdziłam, że pora podejść do tematu na poważnie, a jak już pisałam, warstwy spodnie to dobre miejsce żeby zacząć. O ile koszulę (chemise) sobie skombinowałam, a do halek jak się zabiorę, to wierzę, że dam radę (mamusia pomoże!), o tyle gorset to zbyt ważny element garderoby, żeby zdać się na łaskę mojego braku doświadczenia. Będzie miał wpływ na moją postawę i organizm, więc stwierdziłam, że nie mam do siebie samej na tyle zaufania. Wolałam żeby został wykonany porządnie i żebym mogła nosić go bez obawy o moje żebra. 


Corsetry & Romance wybrałam od razu, spośród znanych przeze mnie gorseciarek. Bardzo podziwiam jej prace i to właśnie o takich gorsetach marzyłam te parę lat temu. Czytałam też recenzję dziewczyny, której również zależało na tym, żeby gorset był odpowiedni pod XIX wieczne ubrania, a jej zachwyt utwierdził mnie w mojej decyzji. Wiedziałam też, że Pani Palina ma doświadczenie z szyciem modeli wzorowanych na historyczne, a jej strona na facebooku jest pełna dowodów. Mogłam ją poprosić o radę przy wybraniu modelu i zdać się kompletnie na jej wiedzę. Zaproponowała mi ten,  jako dobrze podszywający się pod XIX wiek i jednocześnie wygodny w noszeniu: 
Corsetry&Romance

Przez cały proces zamawiania czułam się świetnie, ponieważ dyskutowałyśmy (za pośrednictwem messengera) razem każdy detal, na wszystko miałam wpływ, a uczucie, że coś powstaje specjalnie dla mnie i według moich preferencji jest niesamowite. W kwietniu omawiałyśmy projekty, ceny i detale, a na początku maja można było zaczynać pracę. Tutaj chciałabym zwrócić uwagę na czas. Zaczęłyśmy rozmawiać 4 kwietnia, w tempie kilka wiadomości na tydzień, a gotowy projekt trafił do mnie 13 czerwca. Jest to jakby nie było ponad dwa miesiące. Jednak nigdy nie powiedziałam, że mi się spieszy (bo nie spieszyło się), wiec nie wiem, jak realizacja zamówienia by przebiegała, gdybym nadmieniła, że czas ma znaczenie. Poza tym, śledzę C&R na facebooku i widzę ile zagranicznych podróży, szycia, nauki i innych projektów czekało na panią Palinę w tym okresie, więc jest dla mnie  zrozumiałe, że moje zamówienie nie jest niczyim centrum świata. Co więcej, rok temu, kiedy rozważałam zakup gorsetu na  Złote Popołudnie 2016 na ostatnia chwilę, dostałam odpowiedź, że jak najbardziej dałoby się wykonać gorset w w niecałe 3 tygodnie, co daje mi pewność, że gdybym podała limit czasowy, lub gdyby miesiąc byłby mniej zajęty, dałoby się szybciej. Na szczęście mi się nie spieszyło wiec nie widziałam potrzeby narzucania niepotrzebnie presji.

Kiedy już klamka zapadła, trzeba było zdjąć ze mnie miarę. Dostałam w tym celu obrazek, opatrzony szczegółowymi instrukcjami:
Potrzebne były numery 1,2,45,7,9,12,13. Dwa ostatnie były dla mnie najtrudniejsze, co potem skutkowało źle dopasowanym w biuście gorsetem próbnym.

Kiedy już skończyłam gimnastykować się z centymetrem, można było zacząć szycie gorsetu próbnego. Jego przyjścia doczekałam się 6 czerwca. Początkowo przymiarka miała się odbyć osobiście, ponieważ do Krakowa mam rzut beretem wyścigowym przez autostradę, ale niestety jak już pisałam wcześniej, maj to bardzo zabiegany okres dla C&R, więc nie umiałyśmy się zgrać co do terminu. Gorset przyszedł więc do mnie pocztą (aż dziwne, że obyło się bez przygód). Bardzo ciekawym doświadczeniem było dla mnie podziwianie takiego niewykończonego projektu, a jeszcze ciekawiej się w to cacko ubierało. Jako, że nie było zapięcia z przodu, musiałam się w tubę wcisnąć od góry, żeby nie rozwiązywać kilometra trzymającego całość razem sznura. Kawałek materiału usztywniony fiszbinami nie przypominał prawie niczym efektu końcowego, ponieważ celem jego istnienia było tylko i wyłącznie sprawdzenie, czy wymiary się zgadzają. Mimo to, takie mierzenie bardzo mnie podekscytowało, bo czułam się jak na przymiarce u krawcowej sprzed wieku (mimo że krawcowej we własnej osobie przy tym nie było, za to był Marek, który nauczył się już bardzo porządnie wiązać takie sznurki, dzięki praktyce na moich sukienkach).
 Zdjęcie powyżej idealnie obrazuje konieczność wykonywania próby. W biuście trzeba było materiału odjąć, a dodać w bioderkach. W takiej formie gorset wygląda trochę jak sztuka nowoczesna, a trochę jak nieudany kaftan bezpieczeństwa z tymi wszystkimi kolorowymi nitkami, wystającymi fiszbinami i prującym się materiałem.
Z przodu byłam nawet podpisana, więc wiadomo było, że to moje! Niestety gorset musiałam odesłać, bo jego elementy były potrzebne do uzyskania efektu końcowego.

I potem już wszystko poszło z górki. W poniedziałek mierzyłam, we wtorek odesłałam, w sobotę Palina kupowała materiał i zabierała się do pracy. Tym razem nie obyło się bez drobnej przygody na poczcie, a jakże. Oddział w centrum handlowym, godzina do zamknięcia. Kupiłam kopertę, siedzę z boku przy stole i wypisuje kwitki. Pani klientka z dwoma sklepowymi wózkami, z których dosłownie wylewały się kartonowe pudła wkracza do sklepu i mówi do ogarniętej trwogą pani z okienka: " Ja to bym chciała wysłać wszystko do mnie do Stanów. Wie pani, tak żeby jak najwolniej szło, żeby tanio było, tam garnki są, wie pani..." Zarządziłam taktyczny odwrót. Na szczęście kiedy jakiś czas później zrobiliśmy drugie podejście, po pani hamerykance zostały tylko puste sklepowe wózki rozstawione na środku pasażu. Szczęśliwie mogłam więc wysłać przesyłkę za jednym podejściem!

Jak już wspomniałam, w sobotę  pani Palina wybrała się po materiały.  Pokazała mi jakie są opcje kolorystyczne i wybrałam sobie taki odcień różu (a jakże!) jaki mi najbardziej odpowiadał. Do wyboru miałam bawełnę i jedwab, cena każdego z materiałów została mi podana. Z możliwych dodatków zdecydowałam się na koronkę i cording (te takie "żeberka" na biuście). Za haft podziękowałam i trochę żałuję, bo patrząc po innych gorsetach delikatny wzorek wzdłuż dolnej krawędzi jest praktycznie jak charakterystyczny podpis na dziele, ponieważ wiele klientek się na takie wykończenie zdecydowało. Jeszcze bardziej mi się przykro zrobiło kiedy odkryłam, że moje dzieło nie ma metki...Ale no mówi się trudno, może jeszcze uda się temu brakowi haftu kiedyś zaradzić.

Oceniając samą transakcję przyznam, że jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza przez to, jakiej ultradźwiękowej prędkości wszystko nabrało na końcu. W sobotę materiał został wybrany, w niedzielę dostałam zdjęcie gotowego gorsetu, a we wtorek trzymałam już go w rękach. Najpierw szło niewiarygodnie wolno, a potem szybciej niż się spodziewałam. Zdążyłam się już uzbroić w cierpliwość i założyć, że poczekam kolejny miesiąc od wybrania materiału, a tu proszę! Tak jak już powiedziałam, mam świadomość, że mój gorset był na pewno tylko jednym z wielu różnych projektów, którym pani Palinie przyszło się zajmować w tym czasie, więc... nie frustrowałam się. Wierzę, że gdybym określiła deadline, dałoby się go dotrzymać. Poza tym aspektem, muszę przyznać, że podziwiam zaufanie C&R do klienta. Myślałam, i byłoby to dla mnie całkiem uzasadnione, że zostanie ode mnie pobrana zaliczka, albo chociaż opłata za gorset próbny zanim ten wyruszył mi na spotkanie. Jednak zostałam poproszona o przelew dopiero, kiedy zobaczyłam zdjęcie wykończonego projektu. Poszczególne składowe ceny końcowej zostały wyodrębnione zgodnie z kwietniowymi ustaleniami (opłata za wykonanie konkretnego modelu gorsetu + materiał + gorset próbny + dekoracja koronką + cording + wysyłka) i mogłam dokonać zapłaty za jednym zamachem. Z jednej strony jednorazowa wpłata jest  wygodna, jeśli trzeba na gorset uzbierać, ale na przykład ja już miałam odłożone pieniądze od odkąd po raz pierwszy otworzyłam okno czatu z C&R, więc w moim przypadku była to raczej ciężka walka z zakupowymi pokusami. Gorset przyszedł zapakowany w tiulowy woreczek, który może posłużyć za jego stałe mieszkanko. Dopytałam się również o instrukcje przechowywania i czyszczenia na wypadek niechcianej plamy i otrzymałam wyczerpujące informacje.

Tyle, jeśli chodzi o ocenę transakcji, po opinię o samym gorsecie zapraszam do części drugiej!

środa, 7 czerwca 2017

Znowu polskie rzeczy! - Zombie Unicorn Jewerly

Tak generalnie to ja handmade bardzo poważam. Tak bardzo, że zdarzyło mi się na przestrzeni mojego życia zabrać za to czy za tamto. Przyznam się wręcz, że bazgrolenie i sklatanie kolczyków to jedne z niewielu rzeczy, które mi wychodzą. Sportu nie lubię, ścisłe nie lubią mnie, więc powiedzmy, że robienie rzeczy z wstążeczek i kleju to jedyne co mi zostało. Przez te moje skłonności do majstrowania, kiedy pierwszy raz spotkałam się z biżuterią wykonywaną z magicznej, kolorowej masy do formowania rzeczy, dziarsko się zabrałam do produkcji własnoręcznej. I ja tak sobie międliłam tę modelinę, masę taką masę siaką i o zgrozo, efekty były mierne. Myszka Mickey mojego autorstwa została uznana przez panią z plastyki za ułomną, bo stać nie chciała. No i ja po paru latach prób i podziwiania mini arcydzieł innych ludzi, musiałam zawiesić broń i przyznać, że modelowanie wszelakie, podobnie jak matematyka, najwyraźniej odczuwa do mnie wstręt. A co zrobić jak chce się coś mieć a zrobić się nie da? Zapłacić zdolnym ludziom, żeby zrobili to za Ciebie!

Zombie Unicorn jako pierwsza trafiła pod mój celownik. Spotykałam ją na przestrzeni lat kilkakrotnie na konwentach, śledziłam jej postępy na facebooku, a ostatnio również na tumblerze i instagramie. Jak byłam smarkaczem konwentowym to tak patrzyłam na te cuda z hardą myślą "ja nie zrobię?" I...cóż, okazało się, że nie. Firma istnieje już od ładnych paru lat, a mimo to, pani artystka ciągle ma nowe pomysły. Jednoczenie cała jej oferta jest bardzo spójna i idealnie wpasowuje się w gusta każdego, kto poważa pastelowe kolory. 

Pierwsze zamówienie złożyłam w szalonym okresie okołoświątecznym 2016. Zamówiłam coś dla siebie oraz prezent gwiazdkowy dla ziomalki. Zachęciła mnie jedna z bardzo częstych promocji. Zombie Jednorożec posiada sklep na etsy, ale podobnie jak w przypadku Lady Sloth, służy on głównie do obsługiwania klientów zagranicznych. Ja postanowiłam zagadać do wyżej wymienionej kulturalnie na fejsbuczku. Zaproponowała mi cały wachlarz opcji. Transakcji można było dokonać miedzy innymi za pośrednictwem allegro, lub etsy. Osobiście jednak wolę tak po prostu, bezpośrednio. Dało się i tak. Poprosiłam o jelenie poroże na spinkach w kolorze brązowym i wisiorek z czarnymi kotkami w koszyku. Dobiłyśmy targu w przeciągu dosłownie jednego dnia. Wszystko zostało załatwione wręcz ekspresowo. Przesłałam potwierdzenie przelewu i już moja paczka wyruszyła w świat. I tę paczkę miał mi przynieść kurier...
produkt w sklepie w ogóle jeśli ktoś chce mi coś wcisnąć i robi zdjęcie tego czegoś na tle księżniczek disney'a to ja jestem z miejsca kupiona
produkt w sklepie
No, ale wiecie jak to jest. Kurierzy maja nosa i jak wywęszą, że nikogo nie ma w domu, to uderzą właśnie wtedy. A potem taka ja, musi chodzić do punktu odbioru. Taki punkt to nie jest takie hop siup, o nie! Otóż, ktoś (nie)mądry wpadł na pomysł, żeby przesyłki odbierać mikroskopijnym minikiosku o wymiarach 2mx2m, znajdującym się w osiedlowej Stonce. A ci, co biegają tam po ziemniaki wiedzą, że jak się do sklepu wejdzie, to jedyne wyjście z tego labiryntu dóbr wiedzie przez kasy. Nie ważne, że ja tylko po kopertę i mnie to awokado w promocji nie interesuje, nie! I ja się w dodatku wybrałam na ten test przetrwania w grudniu. Przed świętami. A ludzie w sklepach w tym magicznym czasie czują się najwyraźniej w obowiązku bronić swoich łupów oraz miejsca w kasie jeszcze bardziej walecznie niż zwykle. I ja taka idę i przeciskam się między wózkiem pełnym zapasów na zimę (niektórzy chyba wyczuli,że ta będzie trwać do kwietnia) a ścianą i zostaję postrzelona gradem wrogich spojrzeń, skanujących mnie od góry do dołu czy ja na pewno nie chcę się im w tę kolejkę wepchnąć. A jak mnie wypluje ten labirynt grozy prosto przed minikontuar w minikiosku, to jeszcze zostaje sam akt odbioru, który też wcale nie jest prosty. Pani kioskarka za pomocą urządzenia tabletopodobnego musi wprowadzić liczne dane wagi państwowej, te dane zweryfikować i poprawić dla pewności trzy razy oglądając bacznie mój dowód osobisty. Ale spoko, mam przynajmniej czas zerknąć co dają w najnowszym numerze gazetki Barbie. Po przejściu całego poziomu mogłam wrócić do bazy i rozpakować swoja nagrodę:
Dobra umoszczono w kartonowym pudełku pełnym folii bąbelkowej; bezpiecznie i mięciutko!
W środku chowało się moje zamówienie, gratis, zgodnie z zapowiedzią i urocza wizytówka. Zajmę się różkami, bo tylko to było de facto moje, na temat reszty może wypowiedzieć się ziomalka. Ja mogę tylko powiedzieć, że koty wcale nie są oszukane i na żywo wyglądały z koszyczka równie słodko co w internecie. Był dołączony łańcuszek, a nie wstążka jak na obrazku, ale wszystko było wcześniej dogadane! Przejdźmy jednak do poroża.
Różki są niewielkie (ok.6cm), ale tak ma być. Są bardzo subtelne i idealnie komponują się z kwiatowymi opaskami nie gubiąc się wśród kwiatów, ale też za bardzo nie wybijając.

Powierzchnia jest idealnie gładka, nie widać żadnych odciśniętych palców ani  innych ran bitewnych. Po pół roku użytkowania i przechowywania z resztą biżuterii, stan ten nie uległ zmianie. Klej trzyma hardo i jednocześnie nigdzie nie jest widoczny, przez co całość jest bardzo estetyczna.
Różki są swoim idealnym odbiciem lustrzanym, co zostało uwzględnione przy mocowaniu do spinek. Same krokodylki są bardzo wytrzymałe i wygodne w noszeniu.
Wyzwanie: z ilu perspektyw da się zrobić zdjęcie rogom?
Myślę, że starczy.
Tak w ogóle to uważam, że pomysł umieszczenia rogów na spinkach jest bardzo trafiony. Swego czasu mocowałam się z jelenia opaską, ale projekt ten okazał się być wyjątkowo nietrwały. Dzięki pani Zombie Unicorn, mogłam zrealizować swoje marzenie o zostaniu jeleniem. Pięknie dziękuję!

I ja tak sobie trwałam w tym zadowoleniu, że nosze polską sztukę, aż tu nagle dostałam w twarz nową serią:TRUSKAWKI!
 produkt w sklepie
produkt w sklepie
produkt w sklepie
Poczułam wiosnę we włosach (mimo, że to jeszcze mroźny kwiecień był) i zapragnęłam mieć coś z tej serii za wszelką cenę. A po co mieć jedno, skoro można wszystko? I podążając tą logiką zamówiłam dusik, parę kolczyków, a  jak tylko wyszedł, również pierścionek. Ponownie załatwiłam biznes przez messengera i ponownie Zombie szybko odpowiadała na moje wiadomości. Chętnie zgodziła się na małe modyfikacje zaproponowane przez wybrednego klienta (tj. mnie). Poprosiłam, żeby nie dodawać do dusika kokardki i tak też się stało. Wybierając sposób dostawy, popełniłam po raz kolejny ten sam błąd, licząc naiwnie, że kurier padnie mi do stóp u moich drzwi i złoży mi ofiarę z wyczekiwanej biżuterii. Ale jak można się domyślić, przyszedł w ciągu tej jednej jedynej godziny kiedy tego dnia nie było mnie w domu. Przez to musiałam powtarzać mój nieulubiony poziom gry w życie ulokowany w Stonce. Za trzecim razem, domawiając pierścionek, postanowiłam jednak oszukać przeznaczenie i poprosić o dostawę pocztę polską! Wybór był słuszny, bo niedługo po nadaniu paczki, miła pani poczciarka stanęła w moich skromnych progach z miłym uśmiechem wręczając mi moje pastelowe dobro. Szach mat, życie!

Kolejne zamówienia były zapakowane tak szczelnie i starannie jak poprzednie. Proszę zwrócić uwagę na ten uroczy napis poczyniony długopisem żelowym!

Tu akurat nieśmiało wygląda ze zdjęcia pierścionek. W ogóle tak mi się wydaje, że najlepszym dowodem na zadowolenie klienta jest ponowne zamówienie tej samej rzeczy/ czegoś z tej samej kolekcji. Więc w tym miejscu pozwolę sobie przybić mentalną pieczątkę aprobaty.

A tak truskawki wyglądają po wydostaniu z bąbelków. Każda rzecz osobno zapakowana w torebeczkę strunową. Zaczyna mi rosnąć porządna kolekcja takich folijek!
A tutaj wiosenna rodzinka w komplecie.

Truskaweczki idealnie do siebie pasują, są niemal identyczne zarówno w kształcie jak i odcieniu. Przy tej kolekcji wychodzi talent  pani Jednorożec do formowania maciupeńkich kształtów i rzeźbienia jeszcze mniejszych kreseczek w tych kształtach. Proszę zwrócić uwagę, na to, że każdy kolor mieni się od brokatu!
Kolczyki są widoczne z daleka, ale nie za duże. Nie są też ciężkie , co dla mnie, jako osoby pokutującej po robieniu tunelu jest bardzo ważne.
Zakrętki są wymiarowo idealnie dopasowane do wkrętek, ani razu jeszcze nie spadły. Ponownie łączenie ozdoby z metalem jest perfekcyjne i schludne. Wszystkie elementy o srebrnym kolorze nie zawierają niklu.

Przy dusiku, jak widać na zdjęciu sklepowym, oryginalnie była kokardka, ale stwierdziłam, że i bez niej będzie się ładnie prezentować. Aksamitka bardzo dobrze łączy się z białą szyfonową falbanką, a elementy wyrzeźbione z masy, nie odczepiają się i nic nie wskazuje, żeby w niedalekiej przyszłości miało się coś podobnego stać. Byłam bardzo ciekawa jak przyklejane wisiorki mają się do takiego aksamitnopodobnego materiału.
Końce wstążek są bezpiecznie zaciśnięte, co zabezpiecza je przed strzępieniem.  Zapięcie jest baaardzo regulowane, choć mojej niezdarnej osobie  zapinanie sprawia trudności.
A tak to wygląda "od podszewki".




Pierścionki były dostępne w sprzedaży nieco później. Kiedy tylko je zobaczyłam,stwierdziłam, że koniecznie muszę uzupełnić swoja kolekcję. Był to  spontaniczny zakup, który tym razem okazał się dobrą decyzją!
Ponownie oczarowały mnie detale. Serduszko ma tak żłobione i nakłute krawędzie, że wygląda jak zrobione z koronki. A koronka to to co Weronika lubi najbardziej! Kolorystycznie idealnie pasuje do reszty kolekcji, nie widać, że nad tym projektem pracowano dwa miesiące później, co mnie bardzo cieszy. Kwiatuszek jest miłym dodatkiem do motywu (jakby ktoś zamówił dusik z wstążeczką nadrukowaną podobnymi kwiatkami, to już w ogóle by pierścień do reszty pasował) wzbogacającym całą kompozycję.
Proszę podziwiać te detale! A jak się pięknie z serwetą komponuje!

Obrączka jest oczywiście regulowana. Złączenie  ozdoby z metalem ponownie nieskazitelne.


Cena jest bardzo korzystna, zwłaszcza, że promocje są częste i gęste. Pierścionek na przykład kosztował 15 zł a zestaw kolczyki + dusik 29zł. Muszę przyznać, że przeżyłam mały zawał, kiedy ostatnio na konwencie zobaczyłam rękodzieło o podobnej estetyce, wykonane z podobnej magicznej masy, a najtańsze cacko kosztowało 8 dych... Ja wiem, jestem ignorantem i nie znam się na sztuce, niemniej jednak, cieszę się, że można kupić pastelowe cuda w trochę niższej cenie...

No i to chyba tyle co jestem wstanie wyprodukować z siebie na temat tych drobiażdżków. Jestem zachwycona zarówno jakością produktów jak i obsługi. Zombie Unicorn zachowuje wysoki profesjonalizm i widać, że każde zamówienie traktuje na poważnie. Fakt, że artystka jest polska, wiele ułatwia (na przykład z wysyłką) i cieszę się, że wspieram nie tylko sprzedawców ebayowych z HongKongu czy innych Chin, ale też panią, która sobie lepi ładne rzeczy na mniejszą skalę.


5/5 tak bardzo!

Tu udaję jelenia

A tu...truskawkową wróżkę?

No zgadnijcie, na którym zdjęciu nie mam makijażu?

czwartek, 11 maja 2017

Polski lolici brand - Lady Sloth

Żeby zaopatrzyć się w urokliwe cacko, wcale nie trzeba zakładać konta paypal, ani przekopywać łopatą chińskiego taobao. Okazuje się, że w naszej rodzimej części internetu również można znaleźć słodkie co nieco. Lady Sloth to firma z kilkuletnim doświadczeniem, której zadowolone klientki można spotkać na całym świecie.
W czerwcu zeszłego roku uderzył mnie upał. Ale tak z całej siły i to prosto w twarz. I ja w odwecie postanowiłam, że nie będę się znowu nosić latem jak worek na kartofle (a przynajmniej niecodziennie, bo ile można...). Trzeba mi było więc wyposażyć się w ciuch elegancki, ale jednocześnie stanowiący odpowiedni oręż w walce z moim odwiecznym, świecącym uparcie wrogiem. Szczęśliwy traf chciał, że akurat zbliżała się premiera kolekcji "My coffee time" u Lady Sloth właśnie. Była to seria wyjątkowa, ponieważ print zaprojektowała polska artystka antygea. Efekt wspólnej pracy był tak udany, że popełniono kilka następnych printów o rozmaitej tematyce, a kolejny już w drodze! 
Z wzorkiem w kawę i ciastka można było zdobyć wiele rozmaitości (a konkretniej te tutaj rzeczy) w kolorach brązowym, beżowym, różowym i miętowym. Ja wybrałam spódniczkę, bo w końcu miała być to wisienka na torcie mojej letniej garderoby, szyfon, z tego samego powodu i miętę bo czemu nie. Z tych wszystkich wytycznych wyszło to:
http://ladysloth.storenvy.com/collections/1339134-my-coffee-time/products/16918986-my-coffee-time-skirt-full-price
Podaję link do storenvy, ponieważ są tam wszystkie wymiary i inne cenne informacje, ale ten serwis służy raczej do obsługiwania klientów zarabiających w dolarach. Chcącym płacić w złotówkach zaleca się kontakt mailowy, lub przez facebook.
Ja transakcję przeprowadziłam mailowo. Muszę się  ze wstydem przyznać, że zadawałam wyjątkowo upierdliwe pytania i byłam niesamowicie nachalnym klientem, ale przynajmniej dokonałam zakupu i przeistoczyłam się w klienta zadowolonego! Korzystałam z okazji, że osoba, od której kupuję jest autorem, a nie pośrednikiem i ma wpływ na proces tworzenia. Między innymi prosiłam o radę przy wybraniu rozmiaru (zawsze można również zamawiać na miarę).  Kiedy już wiedziałam wszytko i więcej, wypełniłam formularz zamówienia, zapłaciłam pierwszą połowę okupu i czekałam. Po miesiącu moja spódniczka była już uszyta. Zapłaciłam druga ratę i moja paczka wystartowała. Mimo, że na kopercie znalazł się mój artystyczny pseudonim z facebook'a, a nie prawdziwe nazwisko, przesyłka dotarła bez problemu (listonosz się już pewnie przyzwyczaił..). 

Spódniczka zapakowana była w plastikową torbę, taką co się fachowo nazywa torebka strunowa. Poza tym szyfonu strzegły bąbelki i naklejka z logo Damy z Leniwcem.


Dotknęłam materiału. Jaka to była miękkość! Jaka lekkość! Wiedziałam, że w takiej zbroi lato mi niestraszne! Po przymiarce okazało się, że rozmiar S jest na mnie na prawdę na styk i po wielkiej porcji pizzy miałoby się ochotę rozpiąć guziczek. Na szczęście pasek jest na prawdę wąski, więc to bardzo dokładne dopasowanie nie uprzykrza mi aż tak życia.


Jak widać jest bardzo rozkloszowana, spokojnie mieści mój standardowy zespół dwóch halek i przepięknie się układa. Jest dwuwarstwowa; bazę stanowi biały szyfon z falbanką, na to nałożono warstwę z nadrukiem i wykończono koronką.
I to nie byle jaką koronką! Toż to kokardki!
Print jest zachwycająco szczegółowy. Podoba mi się również spójność kolorystyczna, oraz to, że kolory detali się zmieniają, w zależności od tego, którą wersję kolorystyczną się wybrało. Na mojej gości oczywiście mięta:
Na kokardce zgrabnie umieszczono logo firmy, a poniżej autorki wzoru.
Proszę zwrócić uwagę na niesforną myszkę! Ten mały gryzoń to znak rozpoznawczy pani, która popełniła tę grafikę.
Góra jest usypana ciasteczkami, kostkami czekolady i ziarnami kawy.
Warstwa materiału jest tak cienka, że wzór jest świetnie widoczny również na lewej stronie.
A tu moja ręka.
Pasek to moja jedyna zmora. Szyfon do sztywnych nie należy, więc pozostawiony bez opieki ochoczo faluje, a na człowieku wręcz zawija się na pół. I ja tak sobie chodzę i to odwijam. Na szczęście pasek jest dwustronny, więc lewa strona nie jest widoczna i można nie zauważyć, że coś jest nie tak.  Ale ja o tym wiem, więc  spędza mi to sen z powiek.
Na pasku jest również obszyty materiałem guzik, zwieńczający zapięcie na bardzo dobrze schowany suwak.
Zobaczmy jak spódniczka radzi sobie z testem człowieka-perfekcjonisty:
No cóż, mogło być lepiej. Dolny szlaczek się zgadza, nawet górny zbiera się w ładny łuk, jedynie słoik i ciasto występują podwójnie zaraz obok siebie. Na szczęście wzór jest na tyle bogaty i szczegółowy, że szycie gubi się gdzieś miedzy babeczką a filiżanką. Jak już jesteśmy w temacie, to nie mogę się powstrzymać przed zwróceniem uwagi na łączenie materiału w najnowszej kolekcji Lady Sloth:
PER-FEK-CJA

Wracając do recenzji...
Spódnica ma wszytą gumkę jedynie na plecach, co zostawia przód wolny od marszczeń. Od wewnętrznej strony wszyto metkę oraz wstążeczki ułatwiające wieszanie w szafie.

W cenie jest broszka-kokardka, uszyta z tego samego materiału co spódnica. Jest dwustronna i bardzo dobrze zachowuje kształt. Dodatkową ozdobę stanowi wisiorek w kształcie ziarenka kawy.
Do zamówienia dołączone były również elementy zapasowe.
Zamawianie  ubrania szytego specjalnie dla Ciebie i możliwość łatwego porozumienia się ze sprzedawcą, to na pewno miła odmiana. Wysyłka z Polski dodatkowo uniemożliwia wlepienie cła, więc szach mat! Uważam, że płacenie w ratach jest bardzo uczciwe, i na pewno wygodne, jeśli sumę trzeba uzbierać, a tu rezerwacja się kończy. Bardzo się cieszę, że posiadam w mojej szafie coś zrobionego w 100% przez polskie ręce (tak, materiał i druk również polskie). Jest to mój pierwszy zakup u Lady Sloth, ale na pewno nie ostatni. Polecam!

Przykładowa zbroja na walkę z upałem. Na zdjęciu akurat regeneruje HP w chłodnej komnacie zamkowej.

Stock photo i detal sukienki z nowej kolekcji pochodzą ze strony Lady Sloth
Outfit photo jak zawsze: Null Photography